Trochę spóźnione, bo po fakcie, ale że jeszcze nie do końca zjedzone (jakieś okruszki by się znalazły) i uwiecznione na fotografiach niech się pokażą. Moje tegoroczne mazurki...
Te dwa kwiatuszki to dla moich Istotek, jeden dla tej, co "kocha róż", a drugi dla tej, co "kocha błękit, a właściwie to wszystkie kolory z wyjątkiem różu i jego odcieni".
Skąd ta nagła awersja do różu, no chyba nie z siostrzanej przekory? :)
Gdyby ktoś z Was chciał zerknąć na przepis, odsyłam Go tutaj.
Ten sam, sprawdzony od lat tylko w świeżej kwiecisto - kolorowej odsłonie A.D. 2014.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 kwietnia 2014
środa, 26 marca 2014
Bocian, bociuś! :)
"Uratowani!
Uratowani jesteśmy!
Bocian!
Patrz, bocian!
Jak on żyje, to znaczy, że my też możemy!
Bocian, bociuś!"
(tekst Maksa z filmu "Seksmisja"; scenariusz i reżyseria: Juliusz Machulski)
sobota, 14 września 2013
Prezenty imieninowe od serca...
O tym, że dawno nas tu nie było w sensie pisarsko - fotograficznym nie ma co ukrywać. Cieszymy się, że Wy nas ciągle odwiedzacie. Jeśli chcielibyście zrobić nam jeszcze większą przyjemność - zostawiajcie ślady swojej obecności w komentarzach, nie tylko w statystykach odwiedzin.
No to tyle apelu do społeczeństwa:)
Teraz do rzeczy czyli do imieninowych prezentów.
Jakiś czas temu przypadały moje imieniny. Rano odwiedziły mnie moje dwie Istotki. Kolejno. Najpierw wbiegła (ledwo wyrabiając zakręty) Młodsza. "Mam coś dla Ciebie!! Zobacz. Ale ja Ci otworzę. Poczekaj. Zobacz. Nie zgadniesz co jest w środku...!!" - mówiła podniecona i zziajana Istotka. "No nie wiem co jest w środku, ale wygląda wspaniale". "Zobacz! W środku jest... KREPA!!!!".
No powiem szczerze, tego się nie spodziewałam!:) Krepa faktycznie była. I była najpiękniejszą krepą jaką kiedykolwiek otrzymałam!!
Mogę śmiało powiedzieć życzę każdemu takiej krepy wręczonej z takim przejęciem, radością, satysfakcją i uczuciem!
A teraz ją zobaczcie...
Wspaniała, prawda?
Po chwili do pokoju wbiegła Istotka Starsza. (Młodsza osiągnęła cel, była pierwsza, chociaż pomysł obdarowania mnie podejrzewam, że należał jednak do Starszej).
Wręczyła mi świeżo zaklejoną i przyozdobioną... a jakże, krepą... kopertę własnej roboty wraz z poleceniem otwarcia natychmiastowego. W związku z tym, że klej wciąż był mokry i jeszcze "gorący" udało mi się to bez trudu.
W środku ujrzałam zestaw prezentów...
- lizaczka w kształcie serduszka,
- szyszkę,
- paczuszkę gum rozpuszczalnych "Mamba" o smaku pomarańczowym,
- własnoręcznie wykonany samolot
- serduszko z masy solnej ręcznie malowane,
- temperówkę do kredek cienkich i grubych.
Zestaw iście królewski i jakże nadający się na imieniny!
Dostałam też wyjaśnienie... "Temperówkę Ci daję, bo my mamy dużo, a tej będziemy u Ciebie używać". Jakże życiowo i szczerze Istotko - pomyślałam:)
No to tyle apelu do społeczeństwa:)
Teraz do rzeczy czyli do imieninowych prezentów.
Jakiś czas temu przypadały moje imieniny. Rano odwiedziły mnie moje dwie Istotki. Kolejno. Najpierw wbiegła (ledwo wyrabiając zakręty) Młodsza. "Mam coś dla Ciebie!! Zobacz. Ale ja Ci otworzę. Poczekaj. Zobacz. Nie zgadniesz co jest w środku...!!" - mówiła podniecona i zziajana Istotka. "No nie wiem co jest w środku, ale wygląda wspaniale". "Zobacz! W środku jest... KREPA!!!!".
No powiem szczerze, tego się nie spodziewałam!:) Krepa faktycznie była. I była najpiękniejszą krepą jaką kiedykolwiek otrzymałam!!
Mogę śmiało powiedzieć życzę każdemu takiej krepy wręczonej z takim przejęciem, radością, satysfakcją i uczuciem!
A teraz ją zobaczcie...
Wspaniała, prawda?
Po chwili do pokoju wbiegła Istotka Starsza. (Młodsza osiągnęła cel, była pierwsza, chociaż pomysł obdarowania mnie podejrzewam, że należał jednak do Starszej).
Wręczyła mi świeżo zaklejoną i przyozdobioną... a jakże, krepą... kopertę własnej roboty wraz z poleceniem otwarcia natychmiastowego. W związku z tym, że klej wciąż był mokry i jeszcze "gorący" udało mi się to bez trudu.
W środku ujrzałam zestaw prezentów...
- lizaczka w kształcie serduszka,
- szyszkę,
- paczuszkę gum rozpuszczalnych "Mamba" o smaku pomarańczowym,
- własnoręcznie wykonany samolot
- serduszko z masy solnej ręcznie malowane,
- temperówkę do kredek cienkich i grubych.
Zestaw iście królewski i jakże nadający się na imieniny!
Dostałam też wyjaśnienie... "Temperówkę Ci daję, bo my mamy dużo, a tej będziemy u Ciebie używać". Jakże życiowo i szczerze Istotko - pomyślałam:)
środa, 26 czerwca 2013
Donica lawendowa
Dawno nie pisałam, oj dawno. A czas leci, pędzi i przelatuje przez palce.
Lato nadeszło nawet nie wiem kiedy i roślinki wymagają coraz większej uwagi. Moje małe lawendy, te wyhodowane z nasion, o których już pisałam tutaj i tutaj dają sobie radę. Nie ma ich za wiele, ale rosną i pachną... lawendą:) Ciekawe czy kiedykolwiek zakwitną? Na razie wyglądają tak:
Mam też sadzonki lawendy kupione w bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niż te moje parapeciątka. Postanowiłam zasadzić je w glinianej donicy. Donica ta nienowa, była trochę poprzecierana, dlatego postanowiłam ją trochę odrestaurować i nadać innego charakteru.
A, że miała w niej rosnąć lawenda to motyw, który na niej postanowiłam umieścić, musiał być stosowny...
Było trochę wycinania, trochę klejenia i lakierowania, potem suszenie na słońcu i znów lakierowanie i przyszedł czas na wsadzenie lawendy.
Oto efekt końcowy moich zmagań lawendowo - doniczkowych:
Dodam jeszcze tylko, że donica jest dość spora, bo mieści w sobie trzy sadzonki. Teraz czekam, aż roślinki zakwitną i całość będzie gliniano - fioletowa.
Lato nadeszło nawet nie wiem kiedy i roślinki wymagają coraz większej uwagi. Moje małe lawendy, te wyhodowane z nasion, o których już pisałam tutaj i tutaj dają sobie radę. Nie ma ich za wiele, ale rosną i pachną... lawendą:) Ciekawe czy kiedykolwiek zakwitną? Na razie wyglądają tak:
Mam też sadzonki lawendy kupione w bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niż te moje parapeciątka. Postanowiłam zasadzić je w glinianej donicy. Donica ta nienowa, była trochę poprzecierana, dlatego postanowiłam ją trochę odrestaurować i nadać innego charakteru.
A, że miała w niej rosnąć lawenda to motyw, który na niej postanowiłam umieścić, musiał być stosowny...
Było trochę wycinania, trochę klejenia i lakierowania, potem suszenie na słońcu i znów lakierowanie i przyszedł czas na wsadzenie lawendy.
Oto efekt końcowy moich zmagań lawendowo - doniczkowych:
Dodam jeszcze tylko, że donica jest dość spora, bo mieści w sobie trzy sadzonki. Teraz czekam, aż roślinki zakwitną i całość będzie gliniano - fioletowa.
środa, 15 maja 2013
Nie zapominamy o niezapominajkach
Dziś dzień niezapominajki, chociaż patrząc na godzinę, o której piszę ten tekst, to już raczej wieczór niezapominajki. Tak czy owak, kwiatuszki są cudne i fajnie, że mają swoją datę w kalendarzu, a przypada ona właśnie dziś - 15 maja. Jak przypomniała mi Wikipedia akcję "Dzień Polskiej Niezapominajki" zapoczątkował w 2002 redaktor radiowej Jedynki, prowadzący audycję "Ekoradio" pan Andrzej Zalewski. Był to pomysł trochę na przekór Walentynkom. Pierwsze obchody odbyły się 15 maja 2002 roku. Fajny pomysł, prawda?
wtorek, 7 maja 2013
"Hodowli mni gabinet" czyli lawenda od podstaw odsłona 2
Jeśli kogoś zainteresowało moje zmaganie z nasionami lawendy, zapoczątkowane tutaj spieszę z nowymi informacjami. Otóż z zapowiadanych szumnie 50 sztuk udało się wykiełkować 8. I tych 8 najbardziej upartych roślinek wygląda właśnie tak:
O dalszych losach moich lawend poinformuję Was w kolejnych postach. Już wkrótce czeka je nowe wyzwanie... przeprowadzka do innych doniczek. Bo chociaż są maleńkie to jednak rosną i mają coraz większe wymagania podłożowe.
Sama jestem ciekawa czy chociaż jedna z tych lawendek przetrwa i wyrośnie na zgrabną roślinkę, która będzie mnie cieszyć swymi lawendowymi kwiatkami.
Na razie dbam o nie jak potrafię i kibicuję każdej z nich :)
O dalszych losach moich lawend poinformuję Was w kolejnych postach. Już wkrótce czeka je nowe wyzwanie... przeprowadzka do innych doniczek. Bo chociaż są maleńkie to jednak rosną i mają coraz większe wymagania podłożowe.
Sama jestem ciekawa czy chociaż jedna z tych lawendek przetrwa i wyrośnie na zgrabną roślinkę, która będzie mnie cieszyć swymi lawendowymi kwiatkami.
Na razie dbam o nie jak potrafię i kibicuję każdej z nich :)
sobota, 27 kwietnia 2013
Niespodziewany morza szum...
Zaniedbałam ostatnio naszego bloga, oj zaniedbałam. Zresztą nie tylko bloga, ale tak to już jest u mnie z wiosną, że zajęć gwałtownie przybywa, a czasu niestety nie. I nie pomaga wiosenna zmiana czasu, bo nie rozciąga mi doby. No, ale nie piszę, by narzekać, ale by pokazać Wam jeden z powodów, dla których nie poświęciłam wieczoru na stukanie w klawiaturę. Oto on: on Sopot, on Bałtyk i jeszcze ona: wiosna! :)
Wyjazd trafił mi się niczym ślepej kurze ziarno i może dlatego aż tak cieszył. Mimo, że trwał tylko kilka godzin. Albo raczej aż kilka godzin! Zresztą, cóż będę ukrywać, mnie morze cieszy ZAWSZE, niezależnie od pory roku, pory dnia, temperatury czy stanu zarybienia wód. Po prostu uwielbiam zapach morza, jego szum i koloryt. A to kilka fotek z mojej mini podróży do Sopotu, może i Was ucieszy jego widok?
Wyjazd trafił mi się niczym ślepej kurze ziarno i może dlatego aż tak cieszył. Mimo, że trwał tylko kilka godzin. Albo raczej aż kilka godzin! Zresztą, cóż będę ukrywać, mnie morze cieszy ZAWSZE, niezależnie od pory roku, pory dnia, temperatury czy stanu zarybienia wód. Po prostu uwielbiam zapach morza, jego szum i koloryt. A to kilka fotek z mojej mini podróży do Sopotu, może i Was ucieszy jego widok?
niedziela, 17 marca 2013
"Hodowli mni gabinet" czyli lawenda od podstaw
Lubię lawendę. Bardzo. Dlatego gdy podczas zakupów (uwaga będzie lokowanie produktu) w Lidlu zauważyłam opakowanie z lawendowym obrazkiem bardzo się nim zainteresowałam. Niewiele mogłam się dowiedzieć z tego opakowania, bo napisy były w obcych dla mnie językach, ale napis "50 Lawendula angustifolia", kilka piktogramów i informacja, że to, co mam w ręku to "hodowli mini gabinet" bardzo zadziałały na moją wyobraźnię. Cena ok 12 zł w przypadku 50 sadzonek lawendy - istna okazja! A w przypadku porażki hodowlanej - do przełknięcia. Zainwestowałam i zabrałam mój gabinet do domu.
Delikatnie dobrałam się do mojego "gabinetu" i oto co ujrzałam:
- paczka ziemi (a raczej jakiejś mieszanki stanowiącej podłoże),
- paczuszka z mikroskopijnymi nasionkami lawendy (trochę liczyłam, że będą to jednak jakieś roślinki)
- na o po odpowiednim zmontowaniu góry z dołem opakowania powstał ów "mini gabinet"...
Z duszą na ramieniu i lekką nutką rozczarowania (nasionka?!) zasiałam. Poczułam się jak baba, która siała mak i nie wiedziała jak, ale cóż zasiałam "od końca do końca, wszystko". Podlałam leciutko wodą i zakryłam przezroczystą częścią opakowania. Prawie natychmiast zaparowało. Pozostało mi czekać...
Działo się to wszystko 9 marca wieczorem, a więc parę dni temu.
Na drugi dzień znów leciutko podlałam i zakryłam.
Mój inspekcik stoi sobie blisko kaloryfera, a w dni słoneczne ma dużo słońca.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie wczoraj, gdy odkryłam, że spod ziemi coś zielonego się przebija.
Dziś zobaczyłam to:
Nie wiem czy to moja wymarzona lawenda, na pewno to roślinki, czyli coś się dzieje!!!
Przy okazji fotografowania podlałam moje roślinki i znów je zakryłam. Czekam dalej.
Jestem bardzo ciekawa, co z tej hodowli wyjdzie:)
Delikatnie dobrałam się do mojego "gabinetu" i oto co ujrzałam:
- paczka ziemi (a raczej jakiejś mieszanki stanowiącej podłoże),
- paczuszka z mikroskopijnymi nasionkami lawendy (trochę liczyłam, że będą to jednak jakieś roślinki)
- na o po odpowiednim zmontowaniu góry z dołem opakowania powstał ów "mini gabinet"...
Z duszą na ramieniu i lekką nutką rozczarowania (nasionka?!) zasiałam. Poczułam się jak baba, która siała mak i nie wiedziała jak, ale cóż zasiałam "od końca do końca, wszystko". Podlałam leciutko wodą i zakryłam przezroczystą częścią opakowania. Prawie natychmiast zaparowało. Pozostało mi czekać...
Działo się to wszystko 9 marca wieczorem, a więc parę dni temu.
Na drugi dzień znów leciutko podlałam i zakryłam.
Mój inspekcik stoi sobie blisko kaloryfera, a w dni słoneczne ma dużo słońca.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie wczoraj, gdy odkryłam, że spod ziemi coś zielonego się przebija.
Dziś zobaczyłam to:
Nie wiem czy to moja wymarzona lawenda, na pewno to roślinki, czyli coś się dzieje!!!
Przy okazji fotografowania podlałam moje roślinki i znów je zakryłam. Czekam dalej.
Jestem bardzo ciekawa, co z tej hodowli wyjdzie:)
niedziela, 30 grudnia 2012
Niech trwają Święta
Nie wiem jak u Was, u nas Święta jeszcze trwają. Jeszcze błyszczy i pachnie choinka, jeszcze pierniki i inne pyszności na stole, a w kominku ogień się pali. I to nic, że kominek jest miniaturowy:) Prezenty, chociaż już rozpakowane nadal cieszą. A magia trwa, bo nie pozwalamy jej odejść.
Życzymy by i u Was w domach krążyła jeszcze magia Świąt, by było pięknie i radośnie!
sobota, 6 października 2012
A mnie jest szkoda lata...
Czasu mało, słońca mało, chyba jesień mnie dopadła. Nawet nie wiem kiedy uciekły mi piękna, ciepłe i kolorowe dni lata.
To już chyba ostatnie takie fotki z ogrodu w tym roku. A może wrócą jeszcze ciepłe dni?
Macie jakieś "przecieki" na ten temat?
Mimo, że wiosną obiecywałam sobie, że w tym roku już nie. Że mowy nie ma o zbieraniu nasion, nic z tego nie wyszło. Znowu to zrobiłam. I znowu w hurtowych ilościach. Bo jak już urosną i rozkwitną te moje kwieciwa, to i ładnie i miło się robi. No, a że najpierw się trzeba napracować, nazbierać, ususzyć, przechować, wysiać, przepikować i rozsadzić, no to co. Cóż poradzę, że nie wszystkie kwiaty to byliny? Może w przyszłym roku zaniecham zbieractwa. Na razie suszę.
To już chyba ostatnie takie fotki z ogrodu w tym roku. A może wrócą jeszcze ciepłe dni?
Macie jakieś "przecieki" na ten temat?
Mimo, że wiosną obiecywałam sobie, że w tym roku już nie. Że mowy nie ma o zbieraniu nasion, nic z tego nie wyszło. Znowu to zrobiłam. I znowu w hurtowych ilościach. Bo jak już urosną i rozkwitną te moje kwieciwa, to i ładnie i miło się robi. No, a że najpierw się trzeba napracować, nazbierać, ususzyć, przechować, wysiać, przepikować i rozsadzić, no to co. Cóż poradzę, że nie wszystkie kwiaty to byliny? Może w przyszłym roku zaniecham zbieractwa. Na razie suszę.
niedziela, 16 września 2012
Polowanie na kaczki czyli fotki z jeziora
Lato dobiegało końca. Jesień, jeszcze nieśmiało, ale już widocznie zaczynała swe panowanie w przyrodzie. Była wrześniowa niedziela. Słonko nie grzało już tak jak w lipcu czy nawet sierpniu, ale grzało i to było najważniejsze. Najważniejsze, by zwodować kajak i ruszyć niespiesznie na pogoń za kaczkami. Tak, tak właśnie niespiesznie, bo tylko tak można gonić kaczki po jeziorze.
Łatwo nie było, ale cel został osiągnięty...
Prócz kaczek udało mi się złapać obiektywem jeszcze kilka kolorowych chwil ciszy. Dlatego pozwólcie, że już nic nie napiszę, tylko pokażę Wam, co widziałam płynąc tak niespiesznie...
Łatwo nie było, ale cel został osiągnięty...
Prócz kaczek udało mi się złapać obiektywem jeszcze kilka kolorowych chwil ciszy. Dlatego pozwólcie, że już nic nie napiszę, tylko pokażę Wam, co widziałam płynąc tak niespiesznie...
niedziela, 26 sierpnia 2012
Znalezione nie kradzione czyli fotograficzna przekrojówka
Robienie zdjęć to dla mnie prawdziwa przyjemność, ale już wgrywanie, obróbka a przede wszystkim porządkowanie ich to już zupełnie inna bajka. Ale udało mi się zmobilizować i trochę ogarnąć to fotograficzne zamieszanie. Efektem jest odnalezienie różnych zdjęć, które miały tu trafić, a do tej pory nie trafiły. Zastanawiałam się nawet czy jest sens jeszcze je wstawiać, ale jeśli już się odnalazły to widocznie jest.
Aha, ja rozdzielam chusteczki na możliwie pojedyncze warstwy - oszczędność miejsca (książka nie staje się aż tak gruba) i chusteczek (przydadzą się do innych celów). Takie wkładanie dodatkowej chusteczkowej warstwy ma 2 zasadnicze zadania:
a) wchłania wilgoć z kwiatów;
b)chroni tomiszcze, które może jeszcze kiedyś polubimy.
Ususzone kwiaty będą jak znalazł zimową porą do robót wszelakich, albo tylko jako wspomnienie ciepłych wiosenno - letnich dni.
Pierwsze to róże.
A kolejne nasturcje.
Znalazły się również zdjęcia lilii, fotografowanych przez całe lato (jedne przekwitają, inne zakwitają, część nadal kwitnie).
A na koniec tego posta zdjęcie jednego z moich miauczących przyjaciół. Jak widać moje koty mogłyby jeść i bawić się na okrągło...
Na początek zamierzchłe czasy czyli suszenie bratków.
Zasada prosta i co najważniejsze do zastosowania również z innymi kwiatami (czyli temat jeszcze aktualny): zbieramy kwiaty, znajdujemy w domu jakieś grube i niekoniecznie lubiane tomiszcze oraz chusteczki higieniczne i wkładamy przycięte kwiaty na kartki wyłożone chusteczkami. Zamykamy książkę i odstawiamy na półkę.Reszta to kwestia czasu:)Aha, ja rozdzielam chusteczki na możliwie pojedyncze warstwy - oszczędność miejsca (książka nie staje się aż tak gruba) i chusteczek (przydadzą się do innych celów). Takie wkładanie dodatkowej chusteczkowej warstwy ma 2 zasadnicze zadania:
a) wchłania wilgoć z kwiatów;
b)chroni tomiszcze, które może jeszcze kiedyś polubimy.
Ususzone kwiaty będą jak znalazł zimową porą do robót wszelakich, albo tylko jako wspomnienie ciepłych wiosenno - letnich dni.
Kolejne odnalezione zdjęcia to moje rysuneczki.
Pierwsze to róże.
A kolejne nasturcje.
Znalazły się również zdjęcia lilii, fotografowanych przez całe lato (jedne przekwitają, inne zakwitają, część nadal kwitnie).
A na koniec tego posta zdjęcie jednego z moich miauczących przyjaciół. Jak widać moje koty mogłyby jeść i bawić się na okrągło...
piątek, 20 lipca 2012
Motylkowo
A lato tego roku było... deszczowe. Osobiście wolałabym więcej słońca, ale roślinki są zadowolone, kwitną , pachną i cieszą. W ramach walki z deszczowymi chmurami przyniosłam do domu kilka motylków czy jak kto woli onentków. A u mnie z wazonu niedaleko już do kartki. Jak widać:
I jak się Wam podoba?
I jak się Wam podoba?
środa, 11 lipca 2012
Niezawodny sposób na sen
Mieliście kiedyś problem z zaśnięciem? Przewracaliście się z boku na bok, nie mogliście znaleźć wygodnej pozycji? Zegarek nieubłaganie pokazywał zbliżający się czas pobudki, a tu nic. Oczy nie chciały się zamknąć, a sen nadejść. Koszmar, prawda?
Mamy na to sposób!! *
Wystarczy miska jajek na twardo - zasypia się po nich szybko i śpi twardo.
* Sposób testowany na zwierzętach.
Ale uwaga!
Można zasnąć natychmiast...
Albo po chwili...
Nie potrzeba nawet poduszki...
Mamy na to sposób!! *
Wystarczy miska jajek na twardo - zasypia się po nich szybko i śpi twardo.
* Sposób testowany na zwierzętach.
Ale uwaga!
Można zasnąć natychmiast...
- - - Słodkich snów - - -
poniedziałek, 2 lipca 2012
Nastały upały
Pogoda nie sprzyja blogowaniu. (Uff jak gorąco!) Sprzyja za to kwiatom. One uwielbiają i słońce i deszcz, a ostatnio mamy jedno i drugie. Wraz z nadejściem lata, pojawiły się w ogrodzie nowe kolory, kształty i zapachy. Zrobiłam trochę zdjęć i zaprezentuję Wam szybki przegląd tego, co u mnie kwitnie...
Ogród latem jest niesamowitym miejscem. Niby wciąż ten sam, jednak codziennie potrafi zaskoczyć. Tu coś rozkwitnie, tam coś przekwitnie. I nigdy nie wiadomo, kto może przylecieć z wizytą...
Ogród latem jest niesamowitym miejscem. Niby wciąż ten sam, jednak codziennie potrafi zaskoczyć. Tu coś rozkwitnie, tam coś przekwitnie. I nigdy nie wiadomo, kto może przylecieć z wizytą...
Miłego dnia!:)
sobota, 16 czerwca 2012
Flagi własnej roboty czyli "uwaga Polska"
Dwie małe Istotki bardzo chciały mieć flagę Polski na użytek własny. Gdy porównałam jakość wykonania i materiału z ceną oferowanych na rynku flag i chorągiewek doszłam do wniosku, że sama im zrobię flagi.
Potrzebowałam:
- 2 słomek do napojów (najlepsze są te proste, bez "kolanek")
- kartkę białego papieru
- kartkę czerwonego papieru (obie kartki do drukarki, A4)
- taśmy klejącej
- kleju
- nożyka
Flagi wyszły tak piękne, że Istotki poprosiły o kurs wykonywania takowych i dziś tworzyłyśmy już wspólnie. Młodsza Istotka oznajmiła, że ma: "aż trzech flagów Polsków" :) (ciekawe, że liczba mnoga dotycząca flag objęła od razu cały kraj:) ) Starsza miała cztery flagi i postanowiła przeprowadzić zajęcia z produkcji flag w swojej grupie przedszkolnej. Bo już umie. I dobrze. Zabawy miałyśmy sporo, na pewno znacznie więcej niż gdybym dała im po gotowcu. No i nikt nie ma takich pięknych flag jak my! Nasze są unikatowe - każda troszkę inna :)
A tu już flaga w akcji. Bo my nie na mecz - my tak ogólnie. Tu flaga w roli znaku: "uwaga Polska" przy naszej piaskowej drodze do zamku. Czyż nie piękny znak wymyśliła moja starsza Istotka?
Potrzebowałam:
- 2 słomek do napojów (najlepsze są te proste, bez "kolanek")
- kartkę białego papieru
- kartkę czerwonego papieru (obie kartki do drukarki, A4)
- taśmy klejącej
- kleju
- nożyka
Flagi wyszły tak piękne, że Istotki poprosiły o kurs wykonywania takowych i dziś tworzyłyśmy już wspólnie. Młodsza Istotka oznajmiła, że ma: "aż trzech flagów Polsków" :) (ciekawe, że liczba mnoga dotycząca flag objęła od razu cały kraj:) ) Starsza miała cztery flagi i postanowiła przeprowadzić zajęcia z produkcji flag w swojej grupie przedszkolnej. Bo już umie. I dobrze. Zabawy miałyśmy sporo, na pewno znacznie więcej niż gdybym dała im po gotowcu. No i nikt nie ma takich pięknych flag jak my! Nasze są unikatowe - każda troszkę inna :)
A tu już flaga w akcji. Bo my nie na mecz - my tak ogólnie. Tu flaga w roli znaku: "uwaga Polska" przy naszej piaskowej drodze do zamku. Czyż nie piękny znak wymyśliła moja starsza Istotka?
wtorek, 12 czerwca 2012
Cisza przed burzą czyli relaks przed meczem
Cały kraj przybrał ostatnio barwy wojenno - obronne. W piątek na przykład do przerwy było czerwono - walecznie, a po przerwie już raczej blado. No cóż, zobaczymy jak będzie dziś wieczorem. Ja wybrałam na razie inne barwy, bardziej relaksacyjne. Taki mecz to wszakże stres nawet dla kibica żółtodzioba. Zamiast zatem przebierać się za flagę wybrałam się do ogrodu i popstrykałam trochę zdjęć na zielono i na różowo. Niewiele jeszcze u mnie kwitnie i głównie właśnie różowo, ale już niebawem będę miała Wam do pokazania więcej. Dziś prezentuję kwitnących reprezentantów: piwonię, pelargonię, róże, bniec i jeszcze jakieś o nieznanej mi nazwie dzwonkowate i też różowe. A te jeszcze zielone to turki, motylki (onentkami zwane), nagietki i lilie.
No to dość tego relaksu, teraz...
Wypadałoby zacząć trzymać kciuki. Bo choć serce domaga się wyniku 3:1 dla Polski, to rozum podpowiada, że raczej będzie odwrotnie, zatem kciuki przydadzą się naszym bardzo. Nawet takie niewprawne w kibicowaniu.
No to dość tego relaksu, teraz...
POLSKA BIAŁO - CZERWONI!! :)
niedziela, 10 czerwca 2012
Trzech muszkieterów wersja kocia
Moja kocia rodzina niedawno (2 czerwca) powiększyła się o 3 nowych puchatych członków. Jak patrzę na tych trzech muszkieterów po głowie zaczyna mi chodzić piosenka Perfectu, a właściwie fragment tylko "Autobiografii" :
"Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w bród."
Każda z puchatych kulek jest inna (ruda, szara i łaciata) i chociaż na razie głównie jedzą i śpią, (a może śpią i jedzą), to już niebawem ruszą na podbój świata.
Ja tymczasem, jeszcze nieśmiało, rozglądam się za dobrymi ludźmi, którzy się nimi zaopiekują i zapewnią "wszystkiego w bród" (ze wskazaniem na miłość i opiekę).
Moja kocia menażeria i tak jest już spora (a od czasu pojawienia się puchatej trójki, jest również z lekka obrażona i urażona). Co prawda, pertraktuję z rodziną, by blondas (albo blondynka), ochrzczony imieniem Garfield mógł z nami zostać, ale jakie będą ostateczne wyniki tych pertraktacji jeszcze nie wiem. Dużo zależeć będzie pewno od jej/jego płci, bo kolejnej kotki na razie nie chcemy. Tak czy owak 2 kociaki na pewno szukają domu. Chociaż, chyba jeszcze o tym nie wiedzą ;)
"Było nas trzech,
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w bród."
Każda z puchatych kulek jest inna (ruda, szara i łaciata) i chociaż na razie głównie jedzą i śpią, (a może śpią i jedzą), to już niebawem ruszą na podbój świata.
Ja tymczasem, jeszcze nieśmiało, rozglądam się za dobrymi ludźmi, którzy się nimi zaopiekują i zapewnią "wszystkiego w bród" (ze wskazaniem na miłość i opiekę).
Moja kocia menażeria i tak jest już spora (a od czasu pojawienia się puchatej trójki, jest również z lekka obrażona i urażona). Co prawda, pertraktuję z rodziną, by blondas (albo blondynka), ochrzczony imieniem Garfield mógł z nami zostać, ale jakie będą ostateczne wyniki tych pertraktacji jeszcze nie wiem. Dużo zależeć będzie pewno od jej/jego płci, bo kolejnej kotki na razie nie chcemy. Tak czy owak 2 kociaki na pewno szukają domu. Chociaż, chyba jeszcze o tym nie wiedzą ;)
sobota, 19 maja 2012
A na morzu cisza
Wczoraj miałam okazję zobaczyć morze. Uwielbiam je bez względu na porę roku, pogodę, temperaturę i wszystko inne. Niestety mój pobyt trwał bardzo krótko. Zdążyłam tylko złapać trochę jodu w płuca, usłyszeć szum fal i skrzydeł rybitw, przywołać wspomnienia...
No i zrobić fotkę telefonem.
Oto plaża w Stegnie widziana wczoraj z promenady.
No i zrobić fotkę telefonem.
Oto plaża w Stegnie widziana wczoraj z promenady.
środa, 16 maja 2012
Mniszki, mlecze, miody i syropy.
Miód lubią prawie wszyscy. Jak wiadomo, bywa różny i można go pozyskać z przeróżnych źródeł. Prawdziwy - z własnej lub cudzej pasieki lub sztuczny - robiony z landrynek czy jakiejś innej gumy guar (nie polecam) z marketu.
By powstał ten najprawdziwszy, trzeba się czasem nieźle nalatać (gdy jest się pszczołą rzecz jasna).
Jednak można mieć miodek własnoręcznie zrobiony – też prawdziwy i bardzo zdrowy. By, go otrzymać pszczołą być nie musimy. Jednak początek, podstawa jest ta sama – musimy mieć kwiaty.
W moim domu zapanowała istna mniszko - mania. Nie, nie chodzi mi o mniszki z jakiegokolwiek zakonu, lecz o mniszka lekarskiego czyli mlecza naszego powszedniego. Cała kuchnia jest w odcieniach żółci od jaskrawożółtego - świeżo zebranych kwiatków do złocistomiodowego - gotowego syropu. No właśnie, bo o syrop tu chodzi. Syrop jest słodki, lepki, miodowy – dobry na wszystko od codziennego śniadania (doskonały na kanapkę zamiast miodu) do poprawy nastroju (zlizany z łyżeczki świetnie zastępuje lizaka).
By otrzymać syrop lub jak kto woli miodek z mniszka...
...wystarczy zebrać 200 kwiatków mniszka (samych łepków), następnie rozłożyć je (nie myte!) na białym papierze. Gdy po chwili wyjdą z kwiatków wszyscy ich dotychczasowi mieszkańcy i rozejdą się do innych zajęć, możemy zalać mlecze ½ litra zimnej wody. Teraz je gotujemy i macerujemy w tej wodzie przez noc. Następnego dnia przecedzamy, wygniatając kwiatki. Do otrzymanego wywaru dodajemy ½ kg cukru oraz 2 łyżki soku z cytryny. Całość gotujemy bez przykrycia, tak długo, by woda odparowała, a wywar nabrał konsystencji syropu. Syrop nie może być za rzadki, bo wtedy fermentuje, ani za gęsty, bo się skrystalizuje. Musi być po prostu w sam raz ;)
Przepis pochodzi z książki pt. „Leki z bożej apteki” J. Schulz, E. Űberhuber, (Wydawnictwo Znaki Czasu, Warszawa 1988) i został wielokrotnie wypróbowany przez moją mamę. Zdjęcia są oczywiście moje.
By powstał ten najprawdziwszy, trzeba się czasem nieźle nalatać (gdy jest się pszczołą rzecz jasna).
Jednak można mieć miodek własnoręcznie zrobiony – też prawdziwy i bardzo zdrowy. By, go otrzymać pszczołą być nie musimy. Jednak początek, podstawa jest ta sama – musimy mieć kwiaty.
W moim domu zapanowała istna mniszko - mania. Nie, nie chodzi mi o mniszki z jakiegokolwiek zakonu, lecz o mniszka lekarskiego czyli mlecza naszego powszedniego. Cała kuchnia jest w odcieniach żółci od jaskrawożółtego - świeżo zebranych kwiatków do złocistomiodowego - gotowego syropu. No właśnie, bo o syrop tu chodzi. Syrop jest słodki, lepki, miodowy – dobry na wszystko od codziennego śniadania (doskonały na kanapkę zamiast miodu) do poprawy nastroju (zlizany z łyżeczki świetnie zastępuje lizaka).
By otrzymać syrop lub jak kto woli miodek z mniszka...
...wystarczy zebrać 200 kwiatków mniszka (samych łepków), następnie rozłożyć je (nie myte!) na białym papierze. Gdy po chwili wyjdą z kwiatków wszyscy ich dotychczasowi mieszkańcy i rozejdą się do innych zajęć, możemy zalać mlecze ½ litra zimnej wody. Teraz je gotujemy i macerujemy w tej wodzie przez noc. Następnego dnia przecedzamy, wygniatając kwiatki. Do otrzymanego wywaru dodajemy ½ kg cukru oraz 2 łyżki soku z cytryny. Całość gotujemy bez przykrycia, tak długo, by woda odparowała, a wywar nabrał konsystencji syropu. Syrop nie może być za rzadki, bo wtedy fermentuje, ani za gęsty, bo się skrystalizuje. Musi być po prostu w sam raz ;)
Polecam i życzę SMACZNEGO!
Przepis pochodzi z książki pt. „Leki z bożej apteki” J. Schulz, E. Űberhuber, (Wydawnictwo Znaki Czasu, Warszawa 1988) i został wielokrotnie wypróbowany przez moją mamę. Zdjęcia są oczywiście moje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































