Dawno nie pisałam, oj dawno. A czas leci, pędzi i przelatuje przez palce.
Lato nadeszło nawet nie wiem kiedy i roślinki wymagają coraz większej uwagi. Moje małe lawendy, te wyhodowane z nasion, o których już pisałam tutaj i tutaj dają sobie radę. Nie ma ich za wiele, ale rosną i pachną... lawendą:) Ciekawe czy kiedykolwiek zakwitną? Na razie wyglądają tak:
Mam też sadzonki lawendy kupione w bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niż te moje parapeciątka. Postanowiłam zasadzić je w glinianej donicy. Donica ta nienowa, była trochę poprzecierana, dlatego postanowiłam ją trochę odrestaurować i nadać innego charakteru.
A, że miała w niej rosnąć lawenda to motyw, który na niej postanowiłam umieścić, musiał być stosowny...
Było trochę wycinania, trochę klejenia i lakierowania, potem suszenie na słońcu i znów lakierowanie i przyszedł czas na wsadzenie lawendy.
Oto efekt końcowy moich zmagań lawendowo - doniczkowych:
Dodam jeszcze tylko, że donica jest dość spora, bo mieści w sobie trzy sadzonki. Teraz czekam, aż roślinki zakwitną i całość będzie gliniano - fioletowa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiaty. Pokaż wszystkie posty
środa, 26 czerwca 2013
środa, 15 maja 2013
Nie zapominamy o niezapominajkach
Dziś dzień niezapominajki, chociaż patrząc na godzinę, o której piszę ten tekst, to już raczej wieczór niezapominajki. Tak czy owak, kwiatuszki są cudne i fajnie, że mają swoją datę w kalendarzu, a przypada ona właśnie dziś - 15 maja. Jak przypomniała mi Wikipedia akcję "Dzień Polskiej Niezapominajki" zapoczątkował w 2002 redaktor radiowej Jedynki, prowadzący audycję "Ekoradio" pan Andrzej Zalewski. Był to pomysł trochę na przekór Walentynkom. Pierwsze obchody odbyły się 15 maja 2002 roku. Fajny pomysł, prawda?
wtorek, 7 maja 2013
"Hodowli mni gabinet" czyli lawenda od podstaw odsłona 2
Jeśli kogoś zainteresowało moje zmaganie z nasionami lawendy, zapoczątkowane tutaj spieszę z nowymi informacjami. Otóż z zapowiadanych szumnie 50 sztuk udało się wykiełkować 8. I tych 8 najbardziej upartych roślinek wygląda właśnie tak:
O dalszych losach moich lawend poinformuję Was w kolejnych postach. Już wkrótce czeka je nowe wyzwanie... przeprowadzka do innych doniczek. Bo chociaż są maleńkie to jednak rosną i mają coraz większe wymagania podłożowe.
Sama jestem ciekawa czy chociaż jedna z tych lawendek przetrwa i wyrośnie na zgrabną roślinkę, która będzie mnie cieszyć swymi lawendowymi kwiatkami.
Na razie dbam o nie jak potrafię i kibicuję każdej z nich :)
O dalszych losach moich lawend poinformuję Was w kolejnych postach. Już wkrótce czeka je nowe wyzwanie... przeprowadzka do innych doniczek. Bo chociaż są maleńkie to jednak rosną i mają coraz większe wymagania podłożowe.
Sama jestem ciekawa czy chociaż jedna z tych lawendek przetrwa i wyrośnie na zgrabną roślinkę, która będzie mnie cieszyć swymi lawendowymi kwiatkami.
Na razie dbam o nie jak potrafię i kibicuję każdej z nich :)
niedziela, 5 maja 2013
Czasem warto mieć urodziny czyli wyjątkowy tort
Czasem warto mieć urodziny.
Nawet te 18-ste +.
Warto zwłaszcza wtedy, gdy Ktoś o nich pamięta i chce je z tobą uczcić. To wspaniałe i najmilsze.
Ale bywa i tak, że Ktoś prócz siebie, daje Ci również coś od siebie ("tymi rękoma zrobionego"), a wtedy mówię Wam, na prawdę warto mieć czasem urodziny :)
Oto owo "coś od siebie":
Wspaniały, misternie wykonany i wyjątkowy tort urodzinowy niespodzianka z niespodzianką.A właściwie z 24 niespodziankami.
Pierwsze 12 niespodzianek to 12 dobrych życzeń wypisanych na wewnętrznej stronie każdego kawałka tortu.
A pozostałe 12 niespodzianek to 12 pysznych (i nie tylko) nadzień tortu.
Każdy z kawałków tortu krył w sobie inne, wyjątkowe nadzienie.
Na zdjęciu poniżej prezentuję to irysowe.
Nawet te 18-ste +.
Warto zwłaszcza wtedy, gdy Ktoś o nich pamięta i chce je z tobą uczcić. To wspaniałe i najmilsze.
Ale bywa i tak, że Ktoś prócz siebie, daje Ci również coś od siebie ("tymi rękoma zrobionego"), a wtedy mówię Wam, na prawdę warto mieć czasem urodziny :)
Oto owo "coś od siebie":
Wspaniały, misternie wykonany i wyjątkowy tort urodzinowy niespodzianka z niespodzianką.A właściwie z 24 niespodziankami.
Pierwsze 12 niespodzianek to 12 dobrych życzeń wypisanych na wewnętrznej stronie każdego kawałka tortu.
A pozostałe 12 niespodzianek to 12 pysznych (i nie tylko) nadzień tortu.
Każdy z kawałków tortu krył w sobie inne, wyjątkowe nadzienie.
Na zdjęciu poniżej prezentuję to irysowe.
A gdyby nie wystarczyły odwiedziny i niesamowity tort, to do niego był jeszcze bukiet przecudnie pachnących żonkili.
No i co, czy nie warto mieć czasem urodzin?
:)
niedziela, 17 marca 2013
"Hodowli mni gabinet" czyli lawenda od podstaw
Lubię lawendę. Bardzo. Dlatego gdy podczas zakupów (uwaga będzie lokowanie produktu) w Lidlu zauważyłam opakowanie z lawendowym obrazkiem bardzo się nim zainteresowałam. Niewiele mogłam się dowiedzieć z tego opakowania, bo napisy były w obcych dla mnie językach, ale napis "50 Lawendula angustifolia", kilka piktogramów i informacja, że to, co mam w ręku to "hodowli mini gabinet" bardzo zadziałały na moją wyobraźnię. Cena ok 12 zł w przypadku 50 sadzonek lawendy - istna okazja! A w przypadku porażki hodowlanej - do przełknięcia. Zainwestowałam i zabrałam mój gabinet do domu.
Delikatnie dobrałam się do mojego "gabinetu" i oto co ujrzałam:
- paczka ziemi (a raczej jakiejś mieszanki stanowiącej podłoże),
- paczuszka z mikroskopijnymi nasionkami lawendy (trochę liczyłam, że będą to jednak jakieś roślinki)
- na o po odpowiednim zmontowaniu góry z dołem opakowania powstał ów "mini gabinet"...
Z duszą na ramieniu i lekką nutką rozczarowania (nasionka?!) zasiałam. Poczułam się jak baba, która siała mak i nie wiedziała jak, ale cóż zasiałam "od końca do końca, wszystko". Podlałam leciutko wodą i zakryłam przezroczystą częścią opakowania. Prawie natychmiast zaparowało. Pozostało mi czekać...
Działo się to wszystko 9 marca wieczorem, a więc parę dni temu.
Na drugi dzień znów leciutko podlałam i zakryłam.
Mój inspekcik stoi sobie blisko kaloryfera, a w dni słoneczne ma dużo słońca.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie wczoraj, gdy odkryłam, że spod ziemi coś zielonego się przebija.
Dziś zobaczyłam to:
Nie wiem czy to moja wymarzona lawenda, na pewno to roślinki, czyli coś się dzieje!!!
Przy okazji fotografowania podlałam moje roślinki i znów je zakryłam. Czekam dalej.
Jestem bardzo ciekawa, co z tej hodowli wyjdzie:)
Delikatnie dobrałam się do mojego "gabinetu" i oto co ujrzałam:
- paczka ziemi (a raczej jakiejś mieszanki stanowiącej podłoże),
- paczuszka z mikroskopijnymi nasionkami lawendy (trochę liczyłam, że będą to jednak jakieś roślinki)
- na o po odpowiednim zmontowaniu góry z dołem opakowania powstał ów "mini gabinet"...
Z duszą na ramieniu i lekką nutką rozczarowania (nasionka?!) zasiałam. Poczułam się jak baba, która siała mak i nie wiedziała jak, ale cóż zasiałam "od końca do końca, wszystko". Podlałam leciutko wodą i zakryłam przezroczystą częścią opakowania. Prawie natychmiast zaparowało. Pozostało mi czekać...
Działo się to wszystko 9 marca wieczorem, a więc parę dni temu.
Na drugi dzień znów leciutko podlałam i zakryłam.
Mój inspekcik stoi sobie blisko kaloryfera, a w dni słoneczne ma dużo słońca.
Wyobraźcie sobie moje zdumienie wczoraj, gdy odkryłam, że spod ziemi coś zielonego się przebija.
Dziś zobaczyłam to:
Nie wiem czy to moja wymarzona lawenda, na pewno to roślinki, czyli coś się dzieje!!!
Przy okazji fotografowania podlałam moje roślinki i znów je zakryłam. Czekam dalej.
Jestem bardzo ciekawa, co z tej hodowli wyjdzie:)
czwartek, 7 marca 2013
Wiosny przebicie
Zobaczcie jak ze śniegu przebija się WIOSNA....
wtorek, 16 października 2012
Kartka ze szkicownika
To już nie te piękne letnie, lecz jesienne, lekko ścięte pierwszym przymrozkiem. Wciąż jednak cieszące oko i dające inspirację do działania. Stały w wazonie od kilku dni, a dziś wreszcie się doprosiły portretu zbiorowego. Chyba ostatnie w tym roku... nasturcje...
sobota, 6 października 2012
A mnie jest szkoda lata...
Czasu mało, słońca mało, chyba jesień mnie dopadła. Nawet nie wiem kiedy uciekły mi piękna, ciepłe i kolorowe dni lata.
To już chyba ostatnie takie fotki z ogrodu w tym roku. A może wrócą jeszcze ciepłe dni?
Macie jakieś "przecieki" na ten temat?
Mimo, że wiosną obiecywałam sobie, że w tym roku już nie. Że mowy nie ma o zbieraniu nasion, nic z tego nie wyszło. Znowu to zrobiłam. I znowu w hurtowych ilościach. Bo jak już urosną i rozkwitną te moje kwieciwa, to i ładnie i miło się robi. No, a że najpierw się trzeba napracować, nazbierać, ususzyć, przechować, wysiać, przepikować i rozsadzić, no to co. Cóż poradzę, że nie wszystkie kwiaty to byliny? Może w przyszłym roku zaniecham zbieractwa. Na razie suszę.
To już chyba ostatnie takie fotki z ogrodu w tym roku. A może wrócą jeszcze ciepłe dni?
Macie jakieś "przecieki" na ten temat?
Mimo, że wiosną obiecywałam sobie, że w tym roku już nie. Że mowy nie ma o zbieraniu nasion, nic z tego nie wyszło. Znowu to zrobiłam. I znowu w hurtowych ilościach. Bo jak już urosną i rozkwitną te moje kwieciwa, to i ładnie i miło się robi. No, a że najpierw się trzeba napracować, nazbierać, ususzyć, przechować, wysiać, przepikować i rozsadzić, no to co. Cóż poradzę, że nie wszystkie kwiaty to byliny? Może w przyszłym roku zaniecham zbieractwa. Na razie suszę.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Znalezione nie kradzione czyli fotograficzna przekrojówka
Robienie zdjęć to dla mnie prawdziwa przyjemność, ale już wgrywanie, obróbka a przede wszystkim porządkowanie ich to już zupełnie inna bajka. Ale udało mi się zmobilizować i trochę ogarnąć to fotograficzne zamieszanie. Efektem jest odnalezienie różnych zdjęć, które miały tu trafić, a do tej pory nie trafiły. Zastanawiałam się nawet czy jest sens jeszcze je wstawiać, ale jeśli już się odnalazły to widocznie jest.
Aha, ja rozdzielam chusteczki na możliwie pojedyncze warstwy - oszczędność miejsca (książka nie staje się aż tak gruba) i chusteczek (przydadzą się do innych celów). Takie wkładanie dodatkowej chusteczkowej warstwy ma 2 zasadnicze zadania:
a) wchłania wilgoć z kwiatów;
b)chroni tomiszcze, które może jeszcze kiedyś polubimy.
Ususzone kwiaty będą jak znalazł zimową porą do robót wszelakich, albo tylko jako wspomnienie ciepłych wiosenno - letnich dni.
Pierwsze to róże.
A kolejne nasturcje.
Znalazły się również zdjęcia lilii, fotografowanych przez całe lato (jedne przekwitają, inne zakwitają, część nadal kwitnie).
A na koniec tego posta zdjęcie jednego z moich miauczących przyjaciół. Jak widać moje koty mogłyby jeść i bawić się na okrągło...
Na początek zamierzchłe czasy czyli suszenie bratków.
Zasada prosta i co najważniejsze do zastosowania również z innymi kwiatami (czyli temat jeszcze aktualny): zbieramy kwiaty, znajdujemy w domu jakieś grube i niekoniecznie lubiane tomiszcze oraz chusteczki higieniczne i wkładamy przycięte kwiaty na kartki wyłożone chusteczkami. Zamykamy książkę i odstawiamy na półkę.Reszta to kwestia czasu:)Aha, ja rozdzielam chusteczki na możliwie pojedyncze warstwy - oszczędność miejsca (książka nie staje się aż tak gruba) i chusteczek (przydadzą się do innych celów). Takie wkładanie dodatkowej chusteczkowej warstwy ma 2 zasadnicze zadania:
a) wchłania wilgoć z kwiatów;
b)chroni tomiszcze, które może jeszcze kiedyś polubimy.
Ususzone kwiaty będą jak znalazł zimową porą do robót wszelakich, albo tylko jako wspomnienie ciepłych wiosenno - letnich dni.
Kolejne odnalezione zdjęcia to moje rysuneczki.
Pierwsze to róże.
A kolejne nasturcje.
Znalazły się również zdjęcia lilii, fotografowanych przez całe lato (jedne przekwitają, inne zakwitają, część nadal kwitnie).
A na koniec tego posta zdjęcie jednego z moich miauczących przyjaciół. Jak widać moje koty mogłyby jeść i bawić się na okrągło...
piątek, 17 sierpnia 2012
Kwietnik z opon :)
Do mojego urlopu jeszcze trochę czasu ...ale dziś w klimacie baaaardzo wakacyjnym i słonecznym :) Jeden z weekendów spędziłam w moim ukochanym miejscu na wsi. No i przy tej okazji prezentuję koszyczki na kwiaty wykonane z opon. Tak, z najzwyklejszych opon :) takie cudeńko popełniła moja rodzinka:)
piątek, 20 lipca 2012
Motylkowo
A lato tego roku było... deszczowe. Osobiście wolałabym więcej słońca, ale roślinki są zadowolone, kwitną , pachną i cieszą. W ramach walki z deszczowymi chmurami przyniosłam do domu kilka motylków czy jak kto woli onentków. A u mnie z wazonu niedaleko już do kartki. Jak widać:
I jak się Wam podoba?
I jak się Wam podoba?
poniedziałek, 2 lipca 2012
Nastały upały
Pogoda nie sprzyja blogowaniu. (Uff jak gorąco!) Sprzyja za to kwiatom. One uwielbiają i słońce i deszcz, a ostatnio mamy jedno i drugie. Wraz z nadejściem lata, pojawiły się w ogrodzie nowe kolory, kształty i zapachy. Zrobiłam trochę zdjęć i zaprezentuję Wam szybki przegląd tego, co u mnie kwitnie...
Ogród latem jest niesamowitym miejscem. Niby wciąż ten sam, jednak codziennie potrafi zaskoczyć. Tu coś rozkwitnie, tam coś przekwitnie. I nigdy nie wiadomo, kto może przylecieć z wizytą...
Ogród latem jest niesamowitym miejscem. Niby wciąż ten sam, jednak codziennie potrafi zaskoczyć. Tu coś rozkwitnie, tam coś przekwitnie. I nigdy nie wiadomo, kto może przylecieć z wizytą...
Miłego dnia!:)
wtorek, 12 czerwca 2012
Cisza przed burzą czyli relaks przed meczem
Cały kraj przybrał ostatnio barwy wojenno - obronne. W piątek na przykład do przerwy było czerwono - walecznie, a po przerwie już raczej blado. No cóż, zobaczymy jak będzie dziś wieczorem. Ja wybrałam na razie inne barwy, bardziej relaksacyjne. Taki mecz to wszakże stres nawet dla kibica żółtodzioba. Zamiast zatem przebierać się za flagę wybrałam się do ogrodu i popstrykałam trochę zdjęć na zielono i na różowo. Niewiele jeszcze u mnie kwitnie i głównie właśnie różowo, ale już niebawem będę miała Wam do pokazania więcej. Dziś prezentuję kwitnących reprezentantów: piwonię, pelargonię, róże, bniec i jeszcze jakieś o nieznanej mi nazwie dzwonkowate i też różowe. A te jeszcze zielone to turki, motylki (onentkami zwane), nagietki i lilie.
No to dość tego relaksu, teraz...
Wypadałoby zacząć trzymać kciuki. Bo choć serce domaga się wyniku 3:1 dla Polski, to rozum podpowiada, że raczej będzie odwrotnie, zatem kciuki przydadzą się naszym bardzo. Nawet takie niewprawne w kibicowaniu.
No to dość tego relaksu, teraz...
POLSKA BIAŁO - CZERWONI!! :)
środa, 16 maja 2012
Mniszki, mlecze, miody i syropy.
Miód lubią prawie wszyscy. Jak wiadomo, bywa różny i można go pozyskać z przeróżnych źródeł. Prawdziwy - z własnej lub cudzej pasieki lub sztuczny - robiony z landrynek czy jakiejś innej gumy guar (nie polecam) z marketu.
By powstał ten najprawdziwszy, trzeba się czasem nieźle nalatać (gdy jest się pszczołą rzecz jasna).
Jednak można mieć miodek własnoręcznie zrobiony – też prawdziwy i bardzo zdrowy. By, go otrzymać pszczołą być nie musimy. Jednak początek, podstawa jest ta sama – musimy mieć kwiaty.
W moim domu zapanowała istna mniszko - mania. Nie, nie chodzi mi o mniszki z jakiegokolwiek zakonu, lecz o mniszka lekarskiego czyli mlecza naszego powszedniego. Cała kuchnia jest w odcieniach żółci od jaskrawożółtego - świeżo zebranych kwiatków do złocistomiodowego - gotowego syropu. No właśnie, bo o syrop tu chodzi. Syrop jest słodki, lepki, miodowy – dobry na wszystko od codziennego śniadania (doskonały na kanapkę zamiast miodu) do poprawy nastroju (zlizany z łyżeczki świetnie zastępuje lizaka).
By otrzymać syrop lub jak kto woli miodek z mniszka...
...wystarczy zebrać 200 kwiatków mniszka (samych łepków), następnie rozłożyć je (nie myte!) na białym papierze. Gdy po chwili wyjdą z kwiatków wszyscy ich dotychczasowi mieszkańcy i rozejdą się do innych zajęć, możemy zalać mlecze ½ litra zimnej wody. Teraz je gotujemy i macerujemy w tej wodzie przez noc. Następnego dnia przecedzamy, wygniatając kwiatki. Do otrzymanego wywaru dodajemy ½ kg cukru oraz 2 łyżki soku z cytryny. Całość gotujemy bez przykrycia, tak długo, by woda odparowała, a wywar nabrał konsystencji syropu. Syrop nie może być za rzadki, bo wtedy fermentuje, ani za gęsty, bo się skrystalizuje. Musi być po prostu w sam raz ;)
Przepis pochodzi z książki pt. „Leki z bożej apteki” J. Schulz, E. Űberhuber, (Wydawnictwo Znaki Czasu, Warszawa 1988) i został wielokrotnie wypróbowany przez moją mamę. Zdjęcia są oczywiście moje.
By powstał ten najprawdziwszy, trzeba się czasem nieźle nalatać (gdy jest się pszczołą rzecz jasna).
Jednak można mieć miodek własnoręcznie zrobiony – też prawdziwy i bardzo zdrowy. By, go otrzymać pszczołą być nie musimy. Jednak początek, podstawa jest ta sama – musimy mieć kwiaty.
W moim domu zapanowała istna mniszko - mania. Nie, nie chodzi mi o mniszki z jakiegokolwiek zakonu, lecz o mniszka lekarskiego czyli mlecza naszego powszedniego. Cała kuchnia jest w odcieniach żółci od jaskrawożółtego - świeżo zebranych kwiatków do złocistomiodowego - gotowego syropu. No właśnie, bo o syrop tu chodzi. Syrop jest słodki, lepki, miodowy – dobry na wszystko od codziennego śniadania (doskonały na kanapkę zamiast miodu) do poprawy nastroju (zlizany z łyżeczki świetnie zastępuje lizaka).
By otrzymać syrop lub jak kto woli miodek z mniszka...
...wystarczy zebrać 200 kwiatków mniszka (samych łepków), następnie rozłożyć je (nie myte!) na białym papierze. Gdy po chwili wyjdą z kwiatków wszyscy ich dotychczasowi mieszkańcy i rozejdą się do innych zajęć, możemy zalać mlecze ½ litra zimnej wody. Teraz je gotujemy i macerujemy w tej wodzie przez noc. Następnego dnia przecedzamy, wygniatając kwiatki. Do otrzymanego wywaru dodajemy ½ kg cukru oraz 2 łyżki soku z cytryny. Całość gotujemy bez przykrycia, tak długo, by woda odparowała, a wywar nabrał konsystencji syropu. Syrop nie może być za rzadki, bo wtedy fermentuje, ani za gęsty, bo się skrystalizuje. Musi być po prostu w sam raz ;)
Polecam i życzę SMACZNEGO!
Przepis pochodzi z książki pt. „Leki z bożej apteki” J. Schulz, E. Űberhuber, (Wydawnictwo Znaki Czasu, Warszawa 1988) i został wielokrotnie wypróbowany przez moją mamę. Zdjęcia są oczywiście moje.
piątek, 11 maja 2012
Bez lilaka nie ma wiosny
Biały był najszybszy, jak zwykle. Fioletowy troszkę się ociągał. Za to mój ulubiony miał wymagania niczym prawdziwa gwiazda. Czekał na deszcz, a o niego ostatnie u nas nie było łatwo. W nocy jednak popadało i gwiazda rozbłysła fioletowo - białym blaskiem. Niezależnie od koloru - wszystkie pachną obłędnie. Tak pachnie maj...
Bały bez już Wam pokazywałam, więc dziś pozostałe. Te ciut późniejsze "majowe pachnidełka"
Byłabym zapomniała o... niezapominajkach. Te są sfotografowane specjalnie dla mojej Współblogowiczki, na poprawę humoru!
Bały bez już Wam pokazywałam, więc dziś pozostałe. Te ciut późniejsze "majowe pachnidełka"
Byłabym zapomniała o... niezapominajkach. Te są sfotografowane specjalnie dla mojej Współblogowiczki, na poprawę humoru!
Życzę Wam wszystkim spokojnego weekendu!
czwartek, 3 maja 2012
Bez, tuipany i stokrotki
Maleńkie białe kwiatki. Jeden koło drugiego. Setki maleństw.
A każdy z nich pachnie...
Pachnie...
Pachnie!!
Bez. Taki niepozorny krzak, a tyle radości! :)
Na razie zakwitł u mnie tylko jeden krzak - biały. Inne czekają na lepszy moment. Albo na deszcz? Jak zechcą rozkwitnąć, na pewno zagoszczą na naszym blogu.
Tymczasem zostawiam Wam tę majową kompozycję kwiatową i pędzę wygrzać się na słoneczku. Jutro podobno ma przyjść ochłodzenie. Podobno. Trudno w to uwierzyć, gdy termometr, który już się wygrzewa pokazuje właśnie 45,8 st. C!
Pachnie...
Pachnie!!
Bez. Taki niepozorny krzak, a tyle radości! :)
Na razie zakwitł u mnie tylko jeden krzak - biały. Inne czekają na lepszy moment. Albo na deszcz? Jak zechcą rozkwitnąć, na pewno zagoszczą na naszym blogu.
Tymczasem zostawiam Wam tę majową kompozycję kwiatową i pędzę wygrzać się na słoneczku. Jutro podobno ma przyjść ochłodzenie. Podobno. Trudno w to uwierzyć, gdy termometr, który już się wygrzewa pokazuje właśnie 45,8 st. C!
czwartek, 26 kwietnia 2012
Od zieleni do koloru
Zaczęło się od tego, że szaro – brązowa ziemia zaczęła pękać. W szczelinach pokazały się małe, wątłe roślinki. Z czasem zaczęły nabierać siły. Wyprostowały się i nabrały koloru. Z początku była tylko zieleń. W różnych odcieniach, ale tylko ona. Zieleń nie wychodziła tylko z ziemi. Także gałęzie, do tej pory uśpione, nagle zaczęły się w nią ubierać. Wyglądało to tak, jakby ziemia i drzewa zaczęły grać w zielone.
No, ale jak długo można grać w zielone? W ogrodzie zdecydowanie brakowało kolorów. Pomógł deszcz i moja konewka. Po pewnym czasie w ogrodzie zaczęły pojawiać się inne kolory. Początkowo nieśmiało, jakby zawstydzone zaczerwieniły się tulipany. A i krzak bzu nie chciał być gorszy i ukazał lekko fioletowe pączki.
Potem poszło już znacznie szybciej. Pojawiły się bajecznie kolorowe bratki, puchate stokrotki i obłędnie pachnące fiołki. Do tej gromadki dołączyły pierwiosnki i mlecze. I chociaż te ostatnie zaliczają się bardziej do chwastów, niż do pożądanych gości ogrodowych to i tak lubię ich żółte łebki. A najbardziej podobają mi się w wersji dmuchawkowej. Ale na tę wersję będę musiała jeszcze trochę poczekać.
No, ale jak długo można grać w zielone? W ogrodzie zdecydowanie brakowało kolorów. Pomógł deszcz i moja konewka. Po pewnym czasie w ogrodzie zaczęły pojawiać się inne kolory. Początkowo nieśmiało, jakby zawstydzone zaczerwieniły się tulipany. A i krzak bzu nie chciał być gorszy i ukazał lekko fioletowe pączki.
Potem poszło już znacznie szybciej. Pojawiły się bajecznie kolorowe bratki, puchate stokrotki i obłędnie pachnące fiołki. Do tej gromadki dołączyły pierwiosnki i mlecze. I chociaż te ostatnie zaliczają się bardziej do chwastów, niż do pożądanych gości ogrodowych to i tak lubię ich żółte łebki. A najbardziej podobają mi się w wersji dmuchawkowej. Ale na tę wersję będę musiała jeszcze trochę poczekać.
wtorek, 20 marca 2012
Pierwszy dzień wiosny
Uczyli mnie dawno temu, że wiosna zaczyna się w Polsce 21 marca. Ale to było dawno. Wtedy wiosna była jedna. Teraz są przynajmniej trzy: astronomiczna, kalendarzowa i meteorologiczna. Tak podają media. Dziś rano otrzymałam bardzo miłe życzenia z okazji Pierwszego Dnia Wiosny. Myślę, że osobę od której dostałam te życzenia też uczono tego co mnie, bo dołączyła takie oto wyjaśnienie:) :
"Data początku wiosny
W XX wieku wiosna w strefie czasowej Polski rozpoczynała się zwykle 21 marca, zaś w miarę przybliżania się końca stulecia coraz częściej 20 marca. W 2011 roku pierwszy dzień wiosny przypadł na 21 marca (godz. 00:21), zaś wszystkie kolejne do roku 2047 będą obchodzone wyłącznie 20 marca, a od 2048 roku - 19 albo 20 marca. Kolejny początek wiosny w dniu 21 marca nastąpi dopiero w roku 2102[1]. Przyczyną zjawiska jest ruch punktu Barana związany z precesją ziemskiej osi rotacji.Zródło -wikipedia"
Mi w zasadzie wszystko jedno czy wiosna zaczęła się dziś, czy zacznie jutro. Grunt, by zrobiło się ciepło i kolorowo. Tylko co z dniem wagarowicza? ;p
"Data początku wiosny
W XX wieku wiosna w strefie czasowej Polski rozpoczynała się zwykle 21 marca, zaś w miarę przybliżania się końca stulecia coraz częściej 20 marca. W 2011 roku pierwszy dzień wiosny przypadł na 21 marca (godz. 00:21), zaś wszystkie kolejne do roku 2047 będą obchodzone wyłącznie 20 marca, a od 2048 roku - 19 albo 20 marca. Kolejny początek wiosny w dniu 21 marca nastąpi dopiero w roku 2102[1]. Przyczyną zjawiska jest ruch punktu Barana związany z precesją ziemskiej osi rotacji.Zródło -wikipedia"
Mi w zasadzie wszystko jedno czy wiosna zaczęła się dziś, czy zacznie jutro. Grunt, by zrobiło się ciepło i kolorowo. Tylko co z dniem wagarowicza? ;p
Życzę Wam pięknej wiosny!
Bez względu na daty, pogodę i "ruch punktu Barana związany z precesją ziemskiej osi rotacji"
Niech trwa! :)
niedziela, 26 lutego 2012
Kwiatki, bratki i ... świeczka
Dawno, dawno temu... (w zeszłym roku). Za górami, za lasami, tuż pod oknem kwitły sobie piękne kwiatki. Kwiatki bratki. Były tak radosne i kolorowe, że postanowiłam zachować je na dłużej. By to zrobić naścinałam trochę kwitnących bratkowych pyszczków, zabrałam do domu wsadziłam najpierw między czyste chusteczki, a następnie między strony „Szkolnej Encyklopedii. Matematyka” (Moje umiłowanie do królowej nauk sprawiło, że książka ta już dawno stała się suszarnią. Może służyć do czegoś jeszcze?). Kwiatki leżały sobie spokojnie w książce. Schły i płaszczyły się długo. Bardzo sługo... Aż do dziś. Dziś wyciągnęłam ich kilka i wtedy w pokoju zaszumiało, zahuczało i zaszeleściło. Trwało to dłuższą chwilę, ale efektem jest świeczka w bratki. Oto ona:
poniedziałek, 20 lutego 2012
Żółtą różą prosto w zimę
Dziś znów sypnęło śniegiem. Patrząc przez okno czułam się jakbym była w szklanej kuli z białym puchem...
Moje zwierzaki może nie przepadają za śniegiem, zwłaszcza ich kocia część, lubią za to plątać mi się między nogami oraz wchodzić w kadr. Poszliśmy więc na spacerek z aparatem i oto efekt:
Ale, ale, żeby nie było, że u nas to albo fotki, albo jedzonko dołączam swój dzisiejszy rysunko - malunek. Po prostu obrazek wykonany kredkami akwarelowymi. Żółte róże – może wyciągną słońce zza chmur i przywołają wiosnę? Bo zimy to już dość mam. A Wy?
Moje zwierzaki może nie przepadają za śniegiem, zwłaszcza ich kocia część, lubią za to plątać mi się między nogami oraz wchodzić w kadr. Poszliśmy więc na spacerek z aparatem i oto efekt:
Ale, ale, żeby nie było, że u nas to albo fotki, albo jedzonko dołączam swój dzisiejszy rysunko - malunek. Po prostu obrazek wykonany kredkami akwarelowymi. Żółte róże – może wyciągną słońce zza chmur i przywołają wiosnę? Bo zimy to już dość mam. A Wy?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






.


































