poniedziałek, 11 listopada 2013

Biało - czerwony zapach rogalików :)

A u nas znów zapachniało rogalikami. Jak co roku 11 listopada zarabiamy drożdżowe ciasto, wyciągamy przeróżne smakołyki do nadziewania i zabieramy się za pieczenie rogali. Dziś pomagała nam młodsza Istotka, która opanowywała trudną sztukę zawijania czekolady w ciasto, w taki sposób, by powstał rogal. Małe łapki pracowały ciężko i z ogromnym zapałem. Na środkowej fotografii efekt - talerz pełen rogalików. Jeszcze gorących:)


Tych, którzy nabrali ochoty na własnoręczny wypiek rogali odsyłam do naszego zeszłorocznego wpisu, TUTAJ znajdziecie aż 2 przepisy na te uśmiechnięte pyszności:)

SMACZNEGO!

sobota, 14 września 2013

Prezenty imieninowe od serca...

O tym, że dawno nas tu nie było w sensie pisarsko - fotograficznym nie ma co ukrywać. Cieszymy się, że Wy nas ciągle odwiedzacie. Jeśli chcielibyście zrobić nam jeszcze większą przyjemność - zostawiajcie ślady swojej obecności w komentarzach, nie tylko w statystykach odwiedzin.
No to tyle apelu do społeczeństwa:)
Teraz do rzeczy czyli do imieninowych prezentów.

Jakiś czas temu przypadały moje imieniny. Rano odwiedziły mnie moje dwie Istotki. Kolejno. Najpierw wbiegła (ledwo wyrabiając zakręty) Młodsza. "Mam coś dla Ciebie!! Zobacz. Ale ja Ci otworzę. Poczekaj. Zobacz. Nie zgadniesz co jest w środku...!!" - mówiła podniecona i zziajana Istotka. "No nie wiem co jest w środku, ale wygląda wspaniale". "Zobacz! W środku jest... KREPA!!!!".
No powiem szczerze, tego się nie spodziewałam!:) Krepa faktycznie była. I była najpiękniejszą krepą jaką kiedykolwiek otrzymałam!!
Mogę śmiało powiedzieć życzę każdemu takiej krepy wręczonej z takim przejęciem, radością, satysfakcją i uczuciem!

A teraz ją zobaczcie...


Wspaniała, prawda?

Po chwili do pokoju wbiegła Istotka Starsza. (Młodsza osiągnęła cel, była pierwsza, chociaż pomysł obdarowania mnie podejrzewam, że należał jednak do Starszej).
Wręczyła mi świeżo zaklejoną i przyozdobioną... a jakże, krepą... kopertę własnej roboty wraz z poleceniem otwarcia natychmiastowego. W związku z tym, że klej wciąż był mokry i jeszcze "gorący" udało mi się to bez trudu.
W środku ujrzałam zestaw prezentów...
- lizaczka w kształcie serduszka,
- szyszkę,
- paczuszkę gum rozpuszczalnych "Mamba" o smaku pomarańczowym,
- własnoręcznie wykonany samolot
- serduszko z masy solnej ręcznie malowane, 
- temperówkę do kredek cienkich i grubych.


Zestaw iście królewski i jakże nadający się na imieniny!
Dostałam też wyjaśnienie... "Temperówkę Ci daję, bo my mamy dużo, a tej będziemy u Ciebie używać". Jakże życiowo i szczerze Istotko - pomyślałam:)

środa, 26 czerwca 2013

Donica lawendowa

Dawno nie pisałam, oj dawno. A czas leci, pędzi i przelatuje przez palce.
Lato nadeszło nawet nie wiem kiedy i roślinki wymagają coraz większej uwagi. Moje małe lawendy, te wyhodowane z nasion, o których już pisałam tutaj i tutaj dają sobie radę. Nie ma ich za wiele, ale rosną i pachną... lawendą:) Ciekawe czy kiedykolwiek zakwitną? Na razie wyglądają tak:


Mam też sadzonki lawendy kupione w bardziej zaawansowanym stadium rozwoju niż te moje parapeciątka. Postanowiłam zasadzić je w glinianej donicy. Donica ta nienowa, była trochę poprzecierana, dlatego postanowiłam ją trochę odrestaurować i nadać innego charakteru.



 A, że miała w niej rosnąć lawenda to motyw, który na niej postanowiłam umieścić, musiał być stosowny...

Było trochę wycinania, trochę klejenia i lakierowania, potem suszenie na słońcu i znów lakierowanie i przyszedł czas na wsadzenie lawendy.
Oto efekt końcowy moich zmagań lawendowo - doniczkowych:


Dodam jeszcze tylko, że donica jest dość spora, bo mieści w sobie trzy sadzonki. Teraz czekam, aż roślinki zakwitną i całość będzie gliniano - fioletowa.

środa, 15 maja 2013

Nie zapominamy o niezapominajkach

Dziś dzień niezapominajki, chociaż patrząc na godzinę, o której piszę ten tekst, to już raczej wieczór niezapominajki. Tak czy owak, kwiatuszki są cudne i fajnie, że mają swoją datę w kalendarzu, a przypada ona właśnie dziś - 15 maja. Jak przypomniała mi Wikipedia akcję "Dzień Polskiej Niezapominajki" zapoczątkował w 2002 redaktor radiowej Jedynki, prowadzący  audycję "Ekoradio" pan Andrzej Zalewski. Był to pomysł trochę na przekór Walentynkom. Pierwsze obchody odbyły się 15 maja 2002 roku. Fajny pomysł, prawda?


wtorek, 7 maja 2013

"Hodowli mni gabinet" czyli lawenda od podstaw odsłona 2

Jeśli kogoś zainteresowało moje zmaganie z nasionami lawendy, zapoczątkowane tutaj spieszę z nowymi informacjami. Otóż z zapowiadanych szumnie 50 sztuk udało się wykiełkować 8. I tych 8 najbardziej upartych roślinek wygląda właśnie tak:



O dalszych losach moich lawend poinformuję Was w kolejnych postach. Już wkrótce czeka je nowe wyzwanie... przeprowadzka do innych doniczek.  Bo chociaż są maleńkie to jednak rosną i mają coraz większe wymagania podłożowe.
Sama jestem ciekawa czy chociaż jedna z tych lawendek przetrwa i wyrośnie na zgrabną roślinkę, która będzie mnie cieszyć swymi lawendowymi kwiatkami.
Na razie dbam o nie jak potrafię i kibicuję każdej z nich :)

niedziela, 5 maja 2013

Czasem warto mieć urodziny czyli wyjątkowy tort

Czasem warto mieć urodziny.
Nawet te 18-ste +.
Warto zwłaszcza wtedy, gdy Ktoś o nich pamięta i chce je z tobą uczcić. To wspaniałe i najmilsze.
Ale bywa i tak, że Ktoś prócz siebie, daje Ci również coś od siebie ("tymi rękoma zrobionego"), a wtedy mówię Wam, na prawdę warto mieć czasem urodziny :) 

Oto owo "coś od siebie":




Wspaniały, misternie wykonany i wyjątkowy tort urodzinowy niespodzianka z niespodzianką.A właściwie z 24 niespodziankami.

Pierwsze 12 niespodzianek to 12 dobrych życzeń wypisanych na wewnętrznej stronie każdego kawałka tortu.

A pozostałe 12 niespodzianek to 12 pysznych (i nie tylko) nadzień tortu.

Każdy z kawałków tortu krył w sobie inne, wyjątkowe nadzienie.
Na zdjęciu poniżej prezentuję to irysowe.

.

A gdyby nie wystarczyły odwiedziny i niesamowity tort, to do niego był jeszcze bukiet przecudnie pachnących żonkili.


No i co, czy nie warto mieć czasem urodzin? 
:)

sobota, 27 kwietnia 2013

Niespodziewany morza szum...

Zaniedbałam ostatnio naszego bloga, oj zaniedbałam. Zresztą nie tylko bloga, ale tak to już jest u mnie z wiosną, że zajęć gwałtownie przybywa, a czasu niestety nie. I nie pomaga wiosenna zmiana czasu, bo nie rozciąga mi doby. No, ale nie piszę, by narzekać, ale by pokazać Wam jeden z powodów, dla których nie poświęciłam wieczoru na stukanie w klawiaturę. Oto on: on Sopot, on Bałtyk i jeszcze ona: wiosna! :)
Wyjazd trafił mi się niczym ślepej kurze ziarno i może dlatego aż tak cieszył. Mimo, że trwał tylko kilka godzin. Albo raczej aż kilka godzin!  Zresztą, cóż będę ukrywać, mnie morze cieszy ZAWSZE, niezależnie od pory roku, pory dnia, temperatury czy stanu zarybienia wód. Po prostu uwielbiam zapach morza, jego szum i koloryt. A to kilka fotek z mojej mini podróży do Sopotu, może i Was ucieszy jego widok?